GLOMMA - WRZESIEŃ 2011


Kolejna nudna, deszczowa niedziela spędzona przed kompem, kiedy w końcu przestanie padać,
woda tak wysoka, że łowienie miedzy świerkami przez ostanie 2 miesiące zaczyna mnie lekko
frustrować. Dryndam do Marka i tak pierdzielimy na Skype kilka godzin o "kołowrotkach"
i o coraz to szybciej nadchodzącej zimie. Dochodzimy do konsensusu, że już chyba nie uda nam
się wspólnie połowić w tym roku.
CO? JAK TO? NIE MOŻLIWE!

Szybko rodzi się plan wyjazdu na lipienie. Najpewniejsza będzie oczywiście Glomma,
około 350km na północ od Oslo *ulewy oszczędzały te miejsca*.
Rzucam również propozycję Arturowi, który namierzył mnie dzięki www.Flytiers.pl
Kolega bardzo szybko zmienia swoje weekendowe plany (wątpiłem ze mu się uda).
Ale na hasło ostatni wypad każdy zapaleniec staje na równe nogi.

Startujemy w piątek koło południa, coś niesamowitego - nie pada cała drogę , a na sobotę
nawet zapowiadają słoneczko.

Docieramy na miejsce, wynajmujemy 4-osobową hytte nad samą wodą. Raczymy się piwkiem
i pięknym widokiem zachodzącego słonka. Dzisiaj jednak nie połowimy.



Zaraz po zmierzchu przyjeżdża Marek z Tomkiem i biesiadujemy do późnych godzin.
Fotografie pominę ;) Szkoda tylko ze nie udało się uwiecznić zorzy polarnej.
Ponoć się spóźniłem na jej show ale wiem co widziałem...

To już piękny i chłodny jesienny poranek, jemy śniadanko, szykujemy sprzęcik i ruszamy nad wodę.









Postanowiliśmy łowić po 2 stronie.



Artur z Tomkiem ruszyli dalej łowiąc na suchara , a ja poszedłem z Markiem  [ czyt. za Markiem ;) ]
obłowić rynienkę za jedną z wysepek. Nie wiedziałem czy mam się skupić na łowieniu
czy na foceniu gdy Marek na hydropsyche co chwile zacinał lipienia.
Czas naglił a nasi kompani byli już coraz dalej wiec musiałem go lekko przystopować przecież
to dopiero pierwsza miejscówa zaraz przy campie.







Ruszamy dalej, mniej ciekawsze odcinki pokonujemy lasem podziwiając rzekę,
grzyby, jagody i padnięte lemingi, których leżało sporo w rzece i na jej brzegach.









Jesteśmy, tu spędzimy resztę dnia.
Chwila oddechu, piwko i zaczynamy.





Hol
.





Ten na daleką różową nimfę
.




Artur, mistrz suchej muchy nie oddawał pola nimfiarzom ;)



Wszyscy ładnie połowiliśmy na suchara i nimfy, ja poświeciłem godzinkę mokrej
ale po 2 spadach poszedłem jeszcze trochę posuszyć ostatni raz w tym sezonie.

Powoli zaczęło się ściemniać i ochładzać a my powoli zaczęliśmy schodzić z rzeką
obławiając co ciekawsze miejsca.







Na to panie kolego!!!





Potem coś ciepłego na obiadokolacje - ognisko, kiełbaski, czerwone winko i dysputy
do późnych godzin. Czuło się mrozik po pleckach ale przemiła atmosfera nie chciała
nas wygonić w śpiwory.



Ranek nie zachęcał do łowienia, poranne zmęczenie materiału ;) deszcz i zimny, północny
wiatr zniechęciły mnie skutecznie. Chłopaki z północy stanęli przy jednym z dopływów
i ponoć się nieźle zabawili...