GREEN FLOW - CZERWIEC 2015


Jest to dalsza część relacji "Zębate Bagna" z 2013 roku.  Rok temu strumienie, które miały nas przenieść
do zalanej doliny były prawie suche. W tym roku postawiliśmy wszytko na jedną kartę - jak nie będzie wody
w górnych partiach i tak płyniemy (idziemy), najwyżej będziemy ciągnąć kanu dzień dłużej.
Teren jest niesamowity, prawie dziewiczy, zamieszkały tylko przez dzikie zwierzęta, jedno wielkie bagno poprzecinane
dziesiątkami strumieni i kanałów.
Tegoroczny plan zakłada poświecenie mu więcej czasu, powolne spływanie, odwiedzanie nieznanych nam zakamarków,
degustowanie się naturą od czasu do czasu łowiąc.
Liczyłem też na spotkanie choć jednej watahy wilków, które dziesiątkują łosie na tym terenie, ale niestety nie było mi to dane.

Na pierwszy nocleg przed startem znajomy pożyczył mi daczę, po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy rozpętała się cudowna
ulewa, która do rana napełniała potok, w którym będziemy zaczynać.
Woda podniosła się o dobre pół metra, lepszego scenariusza nie mogliśmy sobie wyobrazić - daje nam to dobre 6 h przewagi
do kolejnego dopływu!
Rybostan to 90% niewielkie szczupaki, przeważnie 50/70cm, ale jest ich pełno. Także okoń a w górnych partiach na szybszej
wodzie drobne pstrągi.

Cały spływ trwał 4 dni.







I chyba tu można napisać, że wystartowaliśmy.
Żegnaj doczesny świecie, do zobaczenia (jak wszytko dobrze pójdzie) za 4/5 dni :)

Pierwszy dzień to praktycznie tylko przedzieranie się przez płycizny i szukanie właściwego kanału, który nas doprowadzi
do głównej rzeki, jej zatok i łączących się z nią jezior.









Koniec sielanki... Trzeba tyłki wyładować, mimo bardzo wysokiej wody nie dało się tego przepłynąć.
To była chyba najdłuższa przeprawa przez bystrza.
Trwała około 4 h, a cały spacer umilały nam roje komarów w wilgotnej i parnej, ale jakże malowniczej scenerii.





Bobry prosimy o więcej tam!!!









Dzięki soczystym opadom szybko dopływamy do pierwszej bani gdzie na pewno wyjdziemy wyprostować nogi,
zjeść śniadanie i zamoczyć kurczaka.





Po wylaniu wody z canoe i szybkim śniadaniu nawet nie zdążyłem wejść na małą wysepkę, a Kuba już holował pierwszą rybę
wyprawy, spod samego "stołu".





Wracaj kolego do wody, zapas konserw i chińskich zupek powinien nam wystarczyć.



I mi też coś się zawiesiło.  Wziął bardzo daleko, w wartkim nurcie więc hol i zabawa wynagrodziły jego wielkość.











Jeszcze się udało kilka fajnych rybek z tej bani wyholować.
Zdjęcia trochę nieostre bo z daleka, ale widać jak pięknie tańczy na ogonie.









Mimo fajnej zabawy i optymistycznego początku, musimy trzymać się planu i płynąć dalej
obławiając co ciekawsze miejscówki.
Na zdjęciach satelitarnych znaleźliśmy prawdopodobnie suche wzniesienie, na którym
rozbijemy obóz i będziemy mieli widok na dolinę wilka.





Kupa głuszca.







I znowu najprzyjemniejsza część imprezy.





Kuba upewnia się czy jestem gotowy, a  sprzęt elektroniczny pochowany ;)





NA POPPERA!













Ostatni zakręt przed obozem "A".



Po zakończonym dniu są 2 podstawowe zasady.

1. Wypakować się z woderów.

2. Wybić wszystkie komary*

* Nierealne ;)



Na torfowisku koło obozu znaleźliśmy starą kładkę  pamiętającą czasy dawno zapomnianych wyrębów.



Sąsiad: pisklę Brodźca piskliwego.





Odwiedził nas zdziwiony łoś.



Czas na zasłużony odpoczynek.





Trzeba płynąć/łowić dalej, a im bliżej wielkich jezior łączących się z bagnistymi kanałami to i rybki większe.













Kolejny nocleg zrobiliśmy w znanym nam już miejscu, do którego dopłynęliśmy w 2013 roku. Na starej tamie drwali.
Spiętrzali na niej wodę by drzewa kanałami wysłać do tartaku mieszczącego się w wiosce oddalonej w prostej lini
o około 60 km stąd.







Jak widać nie tylko my gustujemy w szczupakach :)









Udało nam się też złowić kilka zgrabnych okonków.

















Pomimo fajnych fotografii z brzegu, większość czasu łowiliśmy z niewygodnej pozycji w canoe,
jak w dwuosobowym belly boatcie ;)











REST!



Kilka machnięć wiosłem pod prąd żeby dostać się do jeziora.

































To tyle tym razem, może kiedyś uda zapuścić się jeszcze dalej.

Pozdrawiam.