MOKRADŁO - TRYSIL 2008


Zimne, pochmurne i deszczowe popołudnie trochę pokrzyżowało mi plany 3-dniowej wędkarskiej wędrówki z lubą.
Twierdziła, że to nie problem ale sami wiecie jak to jest gdy przez kilka dni leje a jedyne schronienie dają świerki.
 
Postanowiliśmy zostać w campie i tylko od czasu do czasu odwiedzać pobliskie wędkarskie miejscówki.
Pierwszego wieczoru przypomniałem sobie opowiastkę znajomego. Ponoć jego kolega jakieś 20 lat temu na bagnach
za naszą chatą czasem łowił pstrążki.
 
Jakoś nigdy nie było czasu żeby się tam przejść - a to tylko 300 metrów od nas, zaraz za gęstym lasem.
 
Wstrzeliłem się miedzy 1 a 2 "pompę" ale to nie miało większego znaczenia bo zaliczyłem ich kilka tego dnia...
Gdy przeszedłem przez las mym oczom ukazała się piękna łąka. Troszkę zwątpiłem; czy wychodzić tam z tuba
na plecach gdy co jakiś czas z oddali dochodziło do mnie echo odchodzących i przychodzących burz!
Oczywiście rozwaga wzięła górę, idę szukać wody.
 
Dotarłem do głębokiego, wolno płynącego kanału, który w kilku miejscach nawet przyspieszał i "udawał" potok.
Szedłem wzdłuż niego delektując się niesamowitymi widokami i od czasu do czasu omijając głębokie "studnie"
między kępami traw ...
 
Czasem, gdy ulewa zmieniała się w mżawkę, do lotu wzbijały się chrusty po mistrzowsku omijające krople deszczu,
nie wytrzymałem postanowiłem pomachać...


























Przeszedłem się tam jeszcze raz, pod koniec sierpnia. Kiedy kucałem w złotej trawie, około 100 metrów ode mnie
przegalopował jeleń i potężnym skokiem pokonał wodę...
Oddał bym wiele żeby mieć wtedy odpalony pod ręką aparat ;)