RYBAŁKA Z ZIUTKIEM - WRZESIEŃ 2012
 
 
Dzieli nas 500 km, ale żeby tradycji stało się zadość na zakończenie sezonu
trzeba wyskoczyć na lipienia ;)
Patrząc na prognozę pogody, to zbyt wielu terminów do wyboru nie było.
Padło na pierwszy weekend września, woda niska, czysta, bezdeszczowo, wiaterek umiarkowany
i nie tak bardzo zimno.



Zacinamy kilka miarowych, nawet udało się wyholować po dublecie, ale nieubłaganie nadszedł chłodny wieczór
i trzeba było wracać, rozpalić ogień i coś przekąsić...

Wcześnie rano obudził mnie nieprzyjemny chłód który nie pozwalał zasnąć.








Do południa szukamy ryby, przemierzając płanie i rynienki od czasu do czasu zahaczając jakiegoś lipka.
Sytuacja diametralnie się zmieniła gdy słonce sięgnęło zenitu, na jednej z płani pojawiło się tyle oczek,
że aż spojrzałem w niebo czy przypadkiem miedzy jesiennym słonkiem nie zaplątała się deszczowa chmura.
Danie główne: chruścik...




















...lekko zmęczeni i wygłodniali skoczyliśmy na mały obiadek.

Nasze danie główne: spaghetti Patagonia :-)))



Bębny zapchane, czas na 2 turę. Tym razem lipienie żerowały na jakiejś mikro olivce.
Za żadną cholerę nic nie mogliśmy dobrać *przynajmniej ja*. Ryby ewidentnie ignorowały
wszytko co było na końcu przyponu, a wokoło woda się gotowała... Jakie to było przyjemnie frustrujące :D

Mimo wszystko czasem jakiś nieszczęśnik się pomylił :)






Trzy sztuki które akurat zbierały, a ja podrywając muchę z wody przypadkiem zahaczyłem za kark :|
Jeśli ktoś z was kiedykolwiek zahaczył rybę nie klasycznie to wie jaka jest jazda, a jak by spadła to już sobie
wyobrażam te opowieści ;)








Pozdrawiam!