WAKACJE - PART II (LIPIEC 2013)

 
Ciąg dalszy wspomnień z wakacji 2013.
Po traperskich wojażach przez bagna Kuba chciał zobaczyć moje miejscówki nad rzeką
i przekonać się na własne oczy, że to nie Photoshop .
Chciałem, żebyśmy połowił we wszystkich moich ulubionych i urokliwych miejscach,
ale niestety nie dało się, 10 dni na tą rzekę to za mało.
Przez ten czas mieliśmy wszystkie pory roku, od upalnych dni do temperatur w okolicy zera.
Jak na środek lata to może trochę zaskoczyć...nieprzygotowanych ;)

Nie będę się rozpisywać tylko zapraszam do oglądania.
Dodam jeszcze, że nie wiele fotek rybek z racji odległości jaka nas dzieliła,
np foto poniżej Kuba podbiera życiówkę ;) coś tam krzyczy i wymachuje rękoma,
ale ja wolę dokończyć piwo, w końcu to urlop :)













Tak nam mijało większość wieczorów.







Ah! Te niekończące się płanie.











Dla zmiany klimatu wyskoczyliśmy na dopływik. Bardzo rwąca rzeczka o dlugości 1 km. i głębokości od 2 do 5 m
od razu z brzegu! Brzeg usłany wielkimi głazami nie z rzadka przekraczającymi 3m, a za takim kamyczkiem otchłań.
Długo tam nie zabawiliśmy, ciężkie łowienie, ale ze streamerem można by poszaleć.




Dla porównania Kuba z prawej za kamieniem.











Widać jak ciepło - buff, polar, kurtka :)







Wracamy nad główną rzekę, jest jeszcze kilka miejsc, które bym chciał pokazać gościowi.
Jednak najpierw klops :)






















Nawet spacerowaliśmy...bez wędek!!!









Piwko na lotnisku, a ściślej mówiąc na pasie startowym ;)
Przysięgam, że czynne!












Puch po pisklęciu sowy.





Zapragnęliśmy miękkich łóżeczek i w sumie 3 noce okupowaliśmy ten domek.







Nie obyło się bez spotkania z Markiem i odwiedzenia lipieniowej płani.
Kuba po 3 dubletach z rzędu wychylił głowę spod kaptura i z lekkim grymasem twarzy rzekł "wracamy do ciebie"
.
























Lipienie którym udało się wyrwać spod szczupaczej gilotyny.

















Czas wracać na "moją" rzekę do warkoczy, rynien, głazów...do dziczy 
Odprowadza nas stado reniferów.






Przepraszamy kanu, ale tym razem tylko 200m pod prąd żeby się dostać na 2 stronę rzeki.
To jedyna opcja i jedyne miejsce gdzie można się w miarę bezpiecznie przeprawić.






To będzie nasz nowy dom.







Idziemy w górę rzeki 6 km. Będziemy schodzić i łowić, potrwa to około 8-10 godzin.





































Przerwa na kiełbachę z ognicha i zimne bro. Na dłuższe postoje zawsze wchodzę trochę wyżej
żeby odpocząć od szumu rzeki. Może brzmi to niedorzecznie, ale po kilku godzinach stania w tych
wodospadach to już nie szumi tylko trzaska w głowie...nazajutrz już tęsknię za szumem.
















Kuba tu nie ma zasięgu, chyba że to komar wyłapał :)



No, w końcu nastał dzień, że można było ściągnąć kurtkę i polar, prawdziwe LATO!!!