ZĘBATE BAGNA - LIPIEC 2013
Zębate bagna czyli spływ canoe szczupakowym szlakiem. 
 
 

Czas: początek lipca
Miejsce: gdzieś na pograniczu norwesko-szwedzkim
Cel: szczupaki na muchę
Środek transportu: canoe

Zimowe plany zrealizowane!

Teren, który będziemy przemierzać z lotu ptaka wygląda mniej więcej tak:



W promieniu wielu kilometrów pusto, jedynie miejscami letnie domki odwiedzane raz na ruski rok.







Był plan żeby włazić na drzewa i robić zdjęcia bagniskom ale na miejscu "pompka zmiękła",
wszystko cienkie i strzeliste, kruche, suche, zmurszałe, omszone i oblepione porostami.


Połowa pierwszego dnia upływa na dojazdy, przetransportowanie canoe, pakowanie...
W między czasie gubimy wiosła i lodówkę z żarciem :) Na szczęście nie całym a wiosła
udaje się odzyskać.

Przy akompaniamencie komarów trzeba załadować najważniejszy ekwipunek :)








Zaczyna się bardzo komfortowo, nieduży ale dość głęboki kanalik, którym z łatwością
można sunąć miarowo machając wiosłem. Do tego piękna pogoda, wyjątkowo ciepło i słonecznie.








Schody zaczynają się chwilę później - przy dość niskim stanie wody najzwyczajniej
nie da się płynąć i przez jakieś 3-4 godziny trzeba po prostu targać canoe
z całym majdanem po kamieniach :) lub przeciągać je przez zwaliska i bobrowe tamy.












Kiedy już się zdaje, że robi się głęboko i można na stałe wsiadać na pokład,
za zakrętem lub kilka metrów dalej zabawa zaczyna się od nowa.








Kłaniający się ku herbacianej wodzie las wynagradza chwile wysiłku swoją urodą.









Trollstua :)







I kolejny kamyczek.



Z czasem dno jest coraz głębiej a napotkane płytkie bystrza wcale nie przeszkadzają
(zaraz za nimi można spodziewać się rybek).








Kończą się "spacery" więc oprócz wioseł w obroty idą też muchówki.

Pierwsza ryba i pierwsze zdziwienie - rzut na zaledwie 3-4 metry, duża mucha robi sporo rabanu,
po kilku podciągnięciach branie ale niezacięte, drugi rzut w to samo miejsce - siedzi :)
Nieduży ale pierwszy szczupak cieszy!










Dalej woda zwalnia a brzegi się od siebie odsuwają.







Późnym popołudniem docieramy do sporego zakrętu, robimy dłuższy postój,
przerwa na jakieś jedzenie, oczywiście do tego nieodłączne piwko.

Płytki prąd, za nim głębsze bystrze - obiecujące miejsce.




W takim miejscu na rybę długo nie trzeba czekać (przynajmniej niektórym ;)).





Pod wieczór docieramy do mostu na leśnej, zamkniętej drodze.





Teraz trzeba przygotować miejsce na ognisko, poznosić jakieś kamienie, nazbierać drewna, zacząć suszyć
mokre ciuchy, ogolić zaproszonego na kolację szczupaka :) aż w końcu walnąć się na karimatę i trochę odpocząć
przy bursztynowym trunku, tym gazowanym i tym bez bąbelków.












Względnie rano następnego dnia zbieramy cały sprzęt, pakujemy graty z powrotem na łódkę,
wcinamy na szybko jakieś kanapki z błyskawiczną zupką i ruszamy dalej.
Po drodze od czasu do czasu wysyłamy nasze muchy pod brzegi i ściągamy je niemal pod same burty,
czasem z efektami :)



Co jakiś czas robimy krótki postój, żeby obłowić co ciekawsze zatoczki pełne grążeli...













Maluch z małym bonusem, po 2 szarpnięciach łyknął za 3 razem,
mucha jak pół jego długości ;)











Kolejny dłuższy postój w świetnym miejscu, które przynosi nam kilka rybek.









Kilka podciągnięć,



zacięcie,



dwie świece,



chwila holu, i...



...jest :)













Ten przywalił z za kamyczka w tle, jak pstrąg. Ładny!





Chwila spaceru po kamieniach i dalej trochę wiosłowania do kolejnego miejsca na nocleg...



















...tym razem będzie to daaawno zawalony most (a raczej jego szczątki), na daaaawno nieuczęszczanej drodze.

Ciekawe kiedy i kto ostatnim razem palił ognisko między tymi kamieniami i siedział na tej ławce :)





Lekko zmęczeni, głodni i spragnieni szybko znosimy to co trzeba, rozpalamy ognisko...



...i po późnym "obiedzie" (kanapki z zupką chińską) i kawie możemy chwilę odsapnąć :)





Tuż za plecami, osłonięte drzewami stoją od lat opustoszałe zabudowania,
zwróćcie uwagę na daty przy wpisach na ścianach domu (już wtedy opuszczonego).







Za domem garbi się ku ziemi szopa. Chociaż ściany z belek trzymają się całkiem nieźle.













Pod wieczór płyniemy pośmigać na pobliskich rozlewiskach i jeziorach (bez większych efektów ;)).

















Po powrocie kolacja - wcześniej przygotowane dzwonka ze szczupaka,
który nieco za łapczywie połknął muchę. Nie ma co ukrywać, smażony z odrobiną
soli i pieprzu jest wyśmienity, zwłaszcza jeśli towarzyszy mu odpowiedni trunek ;)











To się nazywa larwa - deko pokrzywiony pływak żółtobrzeżek z żołądka szczupaka,
za towarzyszkę miał jeszcze bardziej pogniecioną płotkę.





Późnym wieczorem gdzieś w oddali zaczynają majaczyć jakieś dziwne dźwięki,
z początku ledwo słyszalne ale z czasem wyraźniejsze i częstsze, ciekawość
i zainteresowanie dość szybko zamieniają się w lekki niepokój ;)W pewnym
momencie przechodzi nam przez głowę myśl czy nie lepiej zładować się szybko
na canoe i w półmroku płynąć na wyspę na jednym z jezior. Sen jednak
nie pozwala nam długo rozmyślać i zanim cokolwiek ustalamy każdy padła
na swoim 'materacu'.
Jakieś niewyraźne piski, skowyt, może wycie... Jak się później okazuje były
to odgłosy watahy wilków po udanym polowaniu i posiłku! Na szczęście daleko,
po 2 stronie wody .

Ostatni dzień, trzeba się trochę cofnąć, powiosłować chwilę pod prąd, wpłynąć znowu
w jeden z kanałów, który dopływa do jeziora nad którym znajduje się nasz finish...



Tyle pozostało po wykaszaczach łąk sprzed wielu lat, kilka bali lub stos krokwi,
takie rumowiska mija się w sumie dość często.









Kije oczywiście ciągle uzbrojone.





Przed ostatnim bystrzem robimy postój, przepływamy przy brzegu, parkujemy niżej małych zatoczek,
wbijamy dziób canoe w trawy robiąc przy tym trochę zamieszania, gadamy, śmiejemy się, łazimy w tą
i z powrotem z aparatami... Łapiemy za wędki i zaczynamy śmigać.
Nie mijają dwie minuty kiedy zauważamy szczupaka, który stoi pod samym brzegiem, prawie pod nogami,
może ze 4 metry wyżej naszego 'parkingu', w miejscu w którym bankowo znalazły się nasze wiosła
a chwilę wcześniej nachlapaliśmy błotem maszerując obok.
Po chwili mucha z niemałym chlapnięciem ląduje niemal przy ogonie szczupaka,
który ciągle muruje na płytkiej wodzie, jak kłoda, nie robiąc sobie nic z całej sytuacji.
Do czasu :) Kilka podciągnięć, streamer podpływa na wysokość jego oczu i następuje
momentalne i błyskawiczne uderzenie!!! Siedzi! Zanim zorientował się co jest grane
i wykonał kilka świec zdążył jeszcze wrócić na swoje miejsce z muchą w paszczy.

Piękna sprawa zobaczyć taki atak 3 metry od własnych butów.

Jedne z ostatnich rzutów z odpiętą agrafką :)





Na koniec, za ta wysepką musieliśmy trochę się zmoczyć, wodery zwinięte i gdzieś upchane - mieliśmy nadzieję
prześliznąć się gładko miedzy kamieniami przez ostatnią bystrzynę, nie udało się, utknęliśmy po środku...









***