ZIELONE KROPKI - LIPIEC 2013
 
 
Wytypowaliśmy pstrągowe jeziorko położone na płaskowyżu w parku narodowym.
Nie jestem fanem łowienia w stojącej wodzie, ale czasem fajnie oderwać się od szumu
rzeki i zobaczyć inne miejsca.
Droga do celu trwała 3 dni! Pierwszy etap samochodem był całkiem przyjemny, około 6h.
Problemy zaczęły się nazajutrz jak trzeba było prawie cały dzień jechać rowerem,
przepraszam, prowadzić rower pod górę.
Dotarliśmy do starej satry, coś na wzór polskiej bacówki, gdzie starsza kobieta hoduje kilka
krówek, owiec... Można wynająć kawałek dachu i posilić się domowym jedzeniem.
Mleko prosto od krowy, świeże jaja, drzem i ciasto z bujnie rosnącego wokoło domu rabarbaru.
Oczywiście zostajemy na noc. Trzeciego dnia to dopiero była katorga. Około sześciogodzinny
spacer przez góry ledwo widocznym, kamienistym szlakiem, który co jakiś czas przecinały
mokradła zamieszkałe przez roje komarów...












Wspomniane gospodarstwo, czynne tylko przez krótkie lato.

















Można płacić kartą :)



Czyżby szefowa łowiła na muszkę? :)





Wystarczy przeciąć tę dolinę i później powinno być w miarę płasko.















Na prawo i lewo co kawałek zarośnięte bagniste jeziorka i kanały, aż pachniało szczupaczkiem.
Nie miałem w głowie łowienia, wykończony, obtarty, spocony i pogryziony drałowałem dalej
modląc się choć o delikatną bryzę, która by ochłodziła ciało przy okazji zwiewając meszki i komary.
W połowie drogi schodzimy do wody trochę odsapnąć i się ochłodzić.
W zaroślach na polanie ukazuje się opuszczona bacówka.












Błagałem o pozostanie w tym kurorcie. Nie chciałem już pstrągów, mogłem nawet wędki nie wyciągać,
oczywiście zostałem przegłosowany.
Strasznie marudzę, ale jestem pogniewany z moją kondycją!

Oto nasz cel!




W końcu dochodzimy! Jezioro całkiem inne od tych które mijaliśmy.
Długie piaszczyste plaże w ogóle nie spotykane w Norwegii. Takie Hawaje północy :)
Zwalamy plecaki i ubrania i wszyscy biegiem do wody. To był szok, ledwo wyhamowałem,
woda 7C !!! Nie dało rady...niestety, ale przynajmniej piwo się ochłodziło :)






















Jakoś nikt się nie rwał żeby wędkować, 3 dni dały w kość. W końcu komary wygrały i przerwały drzemkę.
Słonce na resztę nocy zawisło nad horyzontem markując wieczór i od razu daleko od brzegu zaczęły
pojawiać się oczka, bardzo daleko, poza zasięgiem sznura.
Nie chętnie zmontowałem #5 i poszedłem przejść się brzegiem.
Najbliższe wyjścia szacuję na około 100 m od brzegu.
Za plażami doszedłem do bardzo płytkich zatoczek z piaszczystym dnem porośniętych tatarakiem.
Jak tylko wkroczyłem na tatarowisko spłoszyłem 2 szczupaki grzejące się w płytkiej wodzie.
Nie wiedziałem czego się spodziewać na tym łowisku, miały być pstrągi, zabrałem tylko #5,
suche muchy, kilka mokrych, 2 pijawki i 2 zonkerki. Założyłem coś a la wooly buggera z najgrubszą
żyłka jaką miałem - X0. Rzut w tatarak, dwa podciągnięcia i już ciągnę 3 trawy. Nagle potężny plusk,
woda gotuje się przez kilka sekund, ja tylko stoję z napiętą wędką czekając na rozwój sytuacji,
w głębi duszy myślę, że nie ma szans, zaraz będzie obcinka.
Na szczęście szczupak to krótkodystansowiec i po kilku sekundach delikatnie podciągam rybę pod brzeg.
Jest, aż siadłem z wrażenia trzymając kolosa na kolanach. Nie możliwe, nie wiarygodne - około 108 cm.
Piszę około gdyż nie miałem miarki tylko nóż którym odmierzyłem wielkość ryby.
Sytuacja powtarza się jeszcze 6 razy z rybami podobnej wielkości. Jeden był naprawdę wielki,
o jeden nuż dłuższy, około 124 cm. Padło kilka ryb około wymiaru. Łowiłem może 20 min i obłowiłem max
10 metrowy odcinek przy brzegu. Straciłem 3 ryby, wszytki obcięły żyłkę.
Kolega w tym czasie po 2 stronie, przy ujściu strumyka do jeziora złowił 11 kg krokodyla.
Ciężki żywot pstrąga w takiej wodzie!


























I to by było tyle, 20 min łowienia, 3 dni drogi, 2 dni powrotu. Czułem pewien niedosyt z braku pstrąga,
może bardziej z braku siły żeby na niego zapolować.
Kilka tych rekordowych szczupaków i piękne widoki uratowały ten wypad. Jeśli ktoś by mnie zapytał
tak do grudnia 2013 czy tam wrócę, powiedział bym ze nigdy, za żadne skarby!!! Ale prawie po roku
zaplanowaliśmy wyprawę na kolejne pstrągowe  jezioro, które jest około godzinę drogi dalej ;)






Pozdrawiam!